piątek, 8 maja 2015

Po-urodzinowo...

Dużo się działo ostatnio u nas, a właściwie to dużo roboty miałam, no i czasu mi brakowało, żeby tu zaglądnąć. Spróbuję to po trochu opisać, zobaczymy, na ile mi pozwoli moja skleroza ;)

Więc po pierwsze, w sobotę była impreza urodzinowa Dzieciaków (robię im póki mogę wspólne imprezy, bo urodziny mają w odstępie miesiąca tylko, więc zawsze to jedna głośna impreza zamiast dwóch ;)). W zeszłym roku była sala zabaw, co jest rozwiązaniem mniej może pracochłonnym, ale za to - w zależności od liczby dzieci - bardziej kosztownym. W tym roku wynajęłam salę i zamek dmuchany i ogarnęliśmy resztę. Dzieciaków było w sumie około 25, więc masa cała. Przed imprezą przez ładnych parę dni przygotowywałam upominki dla gości moich Dzieci:
w środku są oczywiście słodycze... :)


Zrobiłam też małe karteczki z podziękowaniami, pomyślałam, że będzie to takie bardziej serdeczne...


No a potem torty. Córeczce postanowiłam zrobić tort "Dobranocny ogród", bo to jej ulubiona bajka. A Synkowi (za jego zgodą oczywiście) tort "Mariokart". Roboty było mnóstwo, tym bardziej, że doszłam do wniosku, że 2 torty na tylu gości to za mało i ambitnie zrobiłam trzeci tort, dla dorosłych, bez cudów ;) Jednak nie żałuję tych prawie 10 godzin w sumie spędzonych nad robieniem i dekorowaniem, Dzieci były szczęsliwe, a przecież o to głównie chodziło! :)

Torcik Malutkiej wyglądał tak:

Oczywiście figurki są plastikowe, ale reszta to już moje - inspirowane obrazkami z internetu - dzieło...:)

Z tortem Synka sprawa była bardziej skomplikowana... Ten planowałam i wymyślałam chyba od stycznia, ale ja już tak mam, że planuję z wyprzedzeniem ;) Oto, co z tego wyszło:



Tutaj niejadalne są tylko pojazdy i ich kierowcy... Reszta to wynik długotrwałego planowania (wspomaganego internetem, a jakże), zbyt małej ilości zielonej masy i minimarshmellows, które mi zostały od cukierkowych rożków :)

Taaa... Ale cieszę się niezwykle, że to przyjęcie już za nami! Stresu miałam niemało, bo lubię mieć zaplanowane wszystko z wyprzedzeniem, a nie wszystko się dało. Poza tym taka ilość dzieci to jednak trochę za dużo na raz, dobrze, że to tylko 2 godziny! :)

Ale dzieciom się podobało. Synek stwierdził, że to była najlepsza zabawa w życiu ;)

Przy okazji popisał się mój mąż...;) Miał na głowie tylko tyle, żeby mieć kasę przy sobie, żeby zapłacić ten zamek dmuchany, oczywiście ja wybrałam, bo on przypomniał sobie jakieś 2 godziny przed wyjściem, kiedy ja miałam na głwoie kończenie tortu, przygotowanie kanapek/przekąsek dla gości i spakowanie wszystkiego, żeby nic nie zapomnieć... A poza tym zmieniał Córci pieluchę tam na miejscu i zostawił cały komplet zapasowych ubranek, które włożyłam jej do plecaka "w razie  czego". I oczywiście to nie był według niego żaden problem, bo Mała ma "całe mnóstwo ubrań". Tak, kurka, ma. I co z tego. Więc strzelił focha, bo mu powiedziałąm, że widzę, że mogęliczyć jedynie na siebie... :-/  A ciuchy odzyskałąm, ale musiałam jechać na salę i przeszukać kilka pomieszczeń i parę pudeł... Eh, ci faceci...

Przy okazji powrzucam zdjęcia tortów z poprzednich lat:
2014 (2 z zabawy urodzinowej, 2 z domu):


2013:
 
 2012:

2011:
 2010:

Widać, że robię postępy ;P
Resztę wrażeń z ostatnich dni opiszę innym razem, czas mi się skończył :)))



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz